Pomarańcza i mrówki

Dwa lata temu kupiłam w jednym z polskich sklepów internetowych pomarańczę sinensis. Była dosyć duża i mierzyła ok. 80cm. Niestety nie mogę znaleźć żadnych zdjęć sprzed tragedii jaka ją spotkała. Generalnie można by powiedzieć, że nic takiego się nie stało ale… Pomarańcza przyjechała do mnie razem z mrówkami. Mrówki mieszkały sobie w ziemi i wychodziły na spacery malutką dziurką przy pniu. Wydawało mi się, że nie ma ich dużo więc próbowałam je eksterminować domowymi sposobami, albo mechanicznie albo podsypywałam sól do dziurki lub stosowałam inne jak się okazało nieskuteczne metody.  W ten sposób minęło  lato a ja zaczęłam zastanawiać się jak  przezimuję moją pomarańczkę. Przede wszystkim wiedziałam, że nie mogę wnieść jej do domu nawet z jedną choćby mrówką. Już wyobrażałam sobie jak opanowują moje mieszkanie wchodząc pod podłogę i do innych zakamarków w poszukiwaniu czegoś dobrego do zjedzenia. Więc, by do tego nie dopuścić postanowiłam, że skoro po dobroci mrówki nie opuściły pomarańczy to muszę podjąć zdecydowane kroki i po prostu wymienić ziemię. To co zobaczyłam przerosło moje największe przypuszczenia, bo w doniczce znajdowało się istne mrowisko. Korzenie pomarańczy  całkowicie oczyściłam z ziemi i dokładnie umyłam. Nie było to wcale łatwe, bo gliniana ziemia mocno trzymała się korzeni a mrówek było tyle, że nawet jak wydawało się, że nie ma już ani jednej to jeszcze znajdowałam pojedyncze egzemplarze  w gąszczu korzeni. Musiałam rozplątywać korzenie bardzo powoli, delikatnie i skutecznie. Na koniec tej operacji zachowałam się bardzo humanitarnie bo całe mrowisko, które miałam w reklamówce wyniosłam na trawnik przed blokiem.

Niestety pomarańcza bardzo szybko zareagowała na takie traktowanie i zaczęła gubić liście aż do tego stopnia, że został goły pień.  W związku z tym, że poprzedniej zimy straciłam już jedną pomarańczę postanowiłam, że poczekam do wiosny z nadzieją, że coś z niego  jednak wyrośnie. Można powiedzieć, że całą zimę obserwowałam malutkie zielone punkciki na gołym pniu, z których coś na początku 2012r. zaczęło pączkowć.  Okazało się, że to malutkie listeczki. Bardzo się ucieszyłam, że roślina jednak żyje – bez względu na to czy to co wyrastało było podkładką czy zrazem. Z biegiem czasu, gdy listeczki podrosły a z pnia zaczęły wyrastać liście jeszcze z innych miejsc, okazało się, że nowe przyrosty wyrastają  także z części szczepionej. Odetchnęłam  ulgą, że gatunek został zachowany i że doczekam się kiedyś pomarańczowych owoców.

Podczas lata roślina zażywała słonecznych kąpieli na moim nowym otwartym balkonie i nabierała masy liściowej a ja cieszyłam się, że nowe warunki bardzo jej odpowiadają. Roślina na tyle się wzmocniła, że cały obecny  okres zimowy jak na razie  znosi dobrze bo nie zgubiła  ani jednego liścia. Teraz zaczyna powoli budzić się do życia bo na gałązkach pojawiają się zgrubienia, z których będą wyrastały nowe listki. Może w tym roku zakwitnie? Bardzo bym chciała. A może zakwitnie i podkładka i zraz. Ciekawe na jakim cytrusie jest zaszczepiona – może na cytrynie. Ciekawie by wyglądały na jednym drzewku żółte cytryny i pomarańcze. Ale cierpliwości…

Fajnie jest gdy patrzy się na zdjęcia, które na początku nie obiecują nic dobrego, a na końcu pokazują bujny wzrost rośliny, która w okresie tylko jednego roku potrafiła całkowicie się odbudować.

Australian finger limette

Australijską finger limettę kupiłam w kwietniu 2011r. poprzez niemiecki portal zakupowy. Jest bardzo wdzięcznym cytrusem, nie choruje, nie gubi liści na zimę. Przynajmniej mój egzemplarz tak ma. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z finger limettą, więc nie wiem czy jest to taki odporny gatunek czy trafił mi się wyjątkowo zdrowy okaz.

Zapragnęłam mieć ten rodzaj cytrusa ze względu na oryginalne owoce, które bardzo mi się spodobały gdy oglądałam zdjęcia fingerlimy w necie. Na pierwszy rzut oka wcale nie przypominają owoców cytrusowych, ponieważ są podłużne. Wyczytałam także , że owoce tej limy są bardzo cenione w kuchni jako dodatek m.in. do deserów ale nie tylko i nazywane kawiorem wśród cytrusów bo po przełamaniu dojrzałego owocu wysypują się z niego kuleczki miąższu wyglądające podobnie jak kawior. Mam nadzieję, że niedługo przekonam się osobiście jak to wygląda w rzeczywistości.  Liście limy również są inne niż u cytryny bo są malutkie a łodygi cierniste.

Niedługo po otrzymaniu mojego nabytku bo już po 6 dniach na limie pojawiły się pierwsze pączki kwiatowe. Lima zakwitała i zawiązywała owocki kilkakrotnie. Jednak moja radość nie trwała długo, ponieważ owocki dorastały tylko do  długości ok. 0,5 cm i zawiązki odpadały. Nie miałam pojęcia dlaczego tak się działo bo roślinie nic nie dolegało.

Dopiero latem 2012 los się odmienił – myślę, że za sprawą zmiany miejsca letniskowania.  Od tego lata moje cytruski przebywały na otwartym balkonie i zauważyłam, że bezpośrednie słońce, wiatr a nawet ulewne deszcze powodowały, że lima o wiele lepiej zaczęła się rozwijać. Zresztą tak jak pozostałe moje cytrusy  bardziej polubiła lato na otwartym balkonie niż na zabudowanym, gdzie panowały cieplarniane warunki.

Tak więc gdy cytrus zakwitł to zawiązały się trzy owocki. Gdy przekroczyły granicę długości 0,5 cm zaczęłam się im bardziej przyglądać. Z wielkim zaciekawieniem obserwowałam wzrost moich „ogóreczków”- bo wygląd owocków bardzo mi je przypominał.  Owocki rosły przez całe lato i na koniec września osiągnęły 5 cm długości.

Gdy wniosłam limę do mieszkania kończąc okres letniskowania to zakwitła ponownie i zawiązała następne dwa owocki, które rosły w bardzo szybkim tempie. Tak więc przez całą jesień na mojej limie rosło pięć zielonych ogóreczków albo paluszków ( bo nazwa na to wskazuje).  Obecnie te ostatnie dwa owocki są już  prawie tak duże jak te pierwsze, które dorosły już do 10 cm. W naturze owoce limy dorastają do 12 cm więc jestem dumna z tak dobrego wyniku i mogę liczyć, że moje owocki jeszcze podrosną.

Oglądając zdjęcia owoców limy w Internecie zauważyłam też, że owoce przybierają różne kolory, od zielonego poprzez żółty, czerwony, bordowy, fioletowy do brązowego i czarnego. U mojej limy owocki od początku były zielone ale teraz  zaczynają zmieniać kolor na żółty. Jestem bardzo ciekawa jaki będzie ostateczny ich  kolor.  Sama się zastanawiam czy  kolor owocu zależy od gatunku rośliny czy od stadium dojrzałości owocu  tak jak u cytryny czy pomarańczy. Mam nadzieję, że paluszki powiszą na limie przynajmniej do wiosny i wyjaśni się sprawa z kolorami. Bardzo jestem ciekawa jak to będzie wyglądało.

Rok 2012 kończę prezentacją australijskiej finger limetty/limy , której uprawa przyniosła mi w tym roku najwięcej satysfakcji.

Galeria z okresu kwiecień 2011- grudzień 2012

 

 

Wspomnienie lata 2012

Już połowa listopada a ja ostatni wpis zrobiłam na początku wiosny. Ale wcale to nie oznacza, że opuściłam swoje rośliny. Przez cały czas były pielęgnowane i fotografowane i dużo się działo. Moje rośliny zmieniły miejsce zamieszkania. Szczęśliwie się stało, że już od czerwca cytrusy mogły zaaklimatyzować się w nowym środowisku a więc od samego lata mogły zażywać pełni słońca i powietrza. W obecnym mieszkaniu mój balkon wychodzi na stronę południowo zachodnią – bardzo podobnie jak w moim poprzednim z tą jednak różnicą że nie jest zabudowany. Obawiałam się reakcji moich  roślin na wyjście z klimatu szklarniowego. Jednak moje wątpliwości okazały się niezasadne bo po całym okresie pobytu cytrusów na wolnym powietrzu muszę stwierdzić, że tego akurat było im trzeba. Na początku letniskowania gorące słońce opaliło największe liście, które okazały się bardzo delikatne. Także wiatr podarł i postrzępił niektóre z nich. Dowodzi to tego, że cytrusy uprawiane w szklarniowych warunkach nie są odporne na zmieniające się warunki atmosferyczne. Jednak po spędzeniu czasu na dworze i w dzień i w nocy zaczęły wypuszczać nowe przyrosty. Nowe liście były mniejsze, grubsze jakby bardziej zwarte i przede wszystkim odporne na działanie promieni słonecznych. Żaden nowo wyrośnięty liść nie wyblakł i nie został poparzony ani zniszczony przez silny wiatr czy burze, które dosyć często  pojawiały się w lipcu.

Ogólnie mówiąc wszystkie cytrusy się wzmocniły, te które do tej pory nie owocowały to zaowocowały, te które były na skraju życia i śmierci to powróciły do żywych.

Chciałabym w nadchodzącym zimowym czasie  przedstawić po kolei letnie życie każdej mojej roślinki z osobna – bo już sama zaczynam mylić moje cytrusy. W ten sposób szybciej zleci mi czas oczekiwania na wiosnę. A tak w ogóle to teraz mam dwa balkony. Ten drugi jest mniejszy i wychodzi na samo południe. Teraz przez okres zimowy mam również czas na wymyślenie jakie roślinki tam posadzę. W tym roku rósł powojnik i groszek pachnący i kobea ale w przyszłym marzy mi się pnącze winogronowe i solidne ładne drewniane donice z kratkami.

A tymczasem fotki z lata.