Jesienne przyjemności

 Dzisiaj była w miarę dobra pogoda na prace balkonowe. Nie było za zimno i spokojnie można było pogrzebać w donicach  bez nabawienia się kataru. Ubrana w ciepły polar dosyć szybko obskoczyłam swoje dwa balkony. A co miałam do roboty? Otóż:

  1. Wnieść do domu jeszcze przebywające na  dworze bugenwillę, figę i oliwkę
  2. Wykopać przekwitnięte rośliny
  3. Wykopać bulwy begonii
  4. Przesadzić różę
  5. Posadzić cebulki wiosennych kwiatów
  6. Zebrać jagody goi

To co zamierzałam zrobić udało mi się w 100%. Bardzo się cieszę, że w końcu znalazłam czas na posadzenie cebulek. Jakiś czas temu kupiłam czosnki żółte i fioletowe, szafirki, narcyzy i tulipany. Obsadziłam nimi donice na obydwu balkonach i donicę z drzewkiem nashi. Ciekawe czy cebulki przetrwają zimę i jaki będzie efekt tego sadzenia. W każdym razie jak coś wyrośnie na wiosnę to powrócę do tematu. Ale zanim wkopałam cebulowe to musiałam wykopać begonie. Szkoda było mi trochę, ponieważ niektóre jeszcze kwitły. Chcąc zachować bulwy na przyszły rok trzeba było wykazać się zdecydowaniem i szybkim ruchem łopatki uciachać zielone części a bulwy odstawić do wyschnięcia. W przyszłym roku posadzę je wszystkie razem w skrzynkach balkonowych. Mają pełne kwiaty więc będą ładnie zdobiły mój mniejszy balkon.

Punkt czwarty mojej listy zadań to przesadzenie róży. W tym roku wyleczyłam się całkowicie z chęci posiadania róży. Ta, którą kupiłam nawet ładnie rosła ale za bardzo przyciągała mszyce i przędziorki. Częste opryski niszczyły liście powojników więc postanowiłam, że róża będzie stała sobie w oddzielnej donicy w drugim kącie balkonu. Tak też się stało. Miałam trudności z wyciągnięciem jej z ziemi bo korzenie trochę się rozrosły ale przynajmniej teraz powojniki będą miały więcej miejsca. Muszę zaopatrzyć się w agrowłókninę by zabezpieczyć różę na zimę bo mimo, że nie polubiłam jej za bardzo  to szkoda by zmarzła. Zresztą powinnam także pomyśleć nad zabezpieczeniem mojej jagody amerykańskiej bo jest posadzona w plastikowej donicy, która zapewne nie uchroni korzeni przed mrozem.

Ostatni punkt moich prac ogrodniczych to owocobranie. Dzisiaj pozrywałam jagody goi, które od kilku tygodni zdobiły krzaczek. Wszystkie liście już opadły i pozostały same czerwone kuleczki. Ale o moich krzaczkach goi napiszę później jak ususzę moje zbiory.

Poza tym dojrzałam w gąszczu kobei jeszcze kwitnący fioletowy powojnik a i kobea nie pozostała gorsza i też pokazała kwiatek w całej okazałości – to ostatnie wspomnienie lata. Natomiast do zimy przygotowuje się drzewko nashi i winobluszcz pięcioklapowy, który ukorzeniłam w tym roku. Wystarczyły tylko trzy dni by liście przybrały jesienne barwy.

Bardzo przyjemnie i pożytecznie dzisiaj spędziłam czas na moich balkonach tym bardziej, że dodatkowo mogłam podziwiać pięknie wybarwione liście drzew, które rosną w pobliżu. Mimo, że mam ładne widoki za oknem to i tak jesieni nie lubię.  I to właśnie skusiło mnie, by trochę odczarować ten chłodny czas  i chociaż przez chwilę popracować z myślą o wiosennych rabatkach.

Nashi

Razem z fingerlimettą przyjechała do mnie gruszka chińska czyli nashi. Gdy kurier przytachał na 4 piętro paczkę wysoką na 1,6m to się bardzo zdziwiłam bo zamawiałam tylko 2 małe cytruski. Nie wiem dlaczego tak się stało, że paczka zawierała dodatkowo drzewko nashi – podejrzewam, że przez pomyłkę. W  taki sposób stałam się posiadaczką prawdziwego owocowego drzewa. W każdym razie drzewko zostało posadzone do dużej doniczki i po miesiącu zaczęło wypuszczać pierwsze listki bo nashi było zupełnie bezlistne. Udało mi się wyhodować jedną gruszkę ale nie zdążyła dojrzeć. Była wielkości śliwki renklody i szczerze mówiąc nawet jej nie próbowałam. Porównując zeszłoroczny wzrost nashi z pierwszym rokiem, w którym zajmowałam się drzewkiem to muszę przyznać, że gorące słońce, świeże powietrze, deszcze i wiatry o wiele lepiej służą  drzewku niż szklarniane warunki na byłym moim zabudowanym balkonie. Obecnie nashi zimuje na balkonie w mrozoodpornej donicy. Mam nadzieję, że nie zmarzło i na wiosnę obsypie się kwiatami tak jak w zeszłym roku a jesienią zbiorę cały koszyk gruszek. W zeszłym roku doczekałam się 4 gruszek. Pięknie wyglądały na drzewie i cudownie smakowały. Były bardzo soczyste i słodkie, o niebo lepsze niż kupione w sklepie. Miąższ miał konsystencję prawdziwej gruszki a smak  najsoczystszego jabłka. Zresztą jak to nashi,  owoce wyglądają jak jabłka z gatunku szara reneta i niczym nie przypominają gruszek.  Ostatnie zdjęcia wiszących gruszek zrobiłam dzień przed ich upadkiem z drzewa. Tego dnia porwisty wiatr przewrócił donicę z drzewkiem i owoce pospadały. Potłukły się trochę ale wtedy zobaczyłam, że są już dojrzałe i mogłam je spróbować. Generalnie to wolę jak owoce zdobią roślinę i nie uprawiam ich specjalnie dla konsumpcji ale zeszłoroczny smak owoców nashi sprawił, że  chciałabym spróbować je ponownie w tym roku.