Nashi

Razem z fingerlimettą przyjechała do mnie gruszka chińska czyli nashi. Gdy kurier przytachał na 4 piętro paczkę wysoką na 1,6m to się bardzo zdziwiłam bo zamawiałam tylko 2 małe cytruski. Nie wiem dlaczego tak się stało, że paczka zawierała dodatkowo drzewko nashi ? podejrzewam, że przez pomyłkę. W  taki sposób stałam się posiadaczką prawdziwego owocowego drzewa. W każdym razie drzewko zostało posadzone do dużej doniczki i po miesiącu zaczęło wypuszczać pierwsze listki bo nashi było zupełnie bezlistne. Udało mi się wyhodować jedną gruszkę ale nie zdążyła dojrzeć. Była wielkości śliwki renklody i szczerze mówiąc nawet jej nie próbowałam. Porównując zeszłoroczny wzrost nashi z pierwszym rokiem, w którym zajmowałam się drzewkiem to muszę przyznać, że gorące słońce, świeże powietrze, deszcze i wiatry o wiele lepiej służą  drzewku niż szklarniane warunki na byłym moim zabudowanym balkonie. Obecnie nashi zimuje na balkonie w mrozoodpornej donicy. Mam nadzieję, że nie zmarzło i na wiosnę obsypie się kwiatami tak jak w zeszłym roku a jesienią zbiorę cały koszyk gruszek. W zeszłym roku doczekałam się 4 gruszek. Pięknie wyglądały na drzewie i cudownie smakowały. Były bardzo soczyste i słodkie, o niebo lepsze niż kupione w sklepie. Miąższ miał konsystencję prawdziwej gruszki a smak  najsoczystszego jabłka. Zresztą jak to nashi,  owoce wyglądają jak jabłka z gatunku szara reneta i niczym nie przypominają gruszek.  Ostatnie zdjęcia wiszących gruszek zrobiłam dzień przed ich upadkiem z drzewa. Tego dnia porwisty wiatr przewrócił donicę z drzewkiem i owoce pospadały. Potłukły się trochę ale wtedy zobaczyłam, że są już dojrzałe i mogłam je spróbować. Generalnie to wolę jak owoce zdobią roślinę i nie uprawiam ich specjalnie dla konsumpcji ale zeszłoroczny smak owoców nashi sprawił, że  chciałabym spróbować je ponownie w tym roku.